
Jazda samochodem pod wpływem alkoholu nie jest w Polsce czymś nadzwyczajnym – zdarza się to na tyle często, że nikogo nie dziwi ani nie szokuje. Najbardziej szokujące jest jednak to, że za kierownicę po pijaku wsiadają także kursanci nauki jazdy.
Dla instruktorów w zasadzie nie jest to żadna sensacja. Każdy, kto od lat zajmuje się szkoleniem kierowców choć raz trafił na takiego kursanta, który raczej nie powinien prowadzić... Problem w tym, że instruktor nauki jazdy nie może kursanta poddać badaniu na zawartość alkoholu, nie ma po prostu takiego prawa. Co innego policjant, ale wzywanie policji do swojego klienta jest raczej słabym chwytem marketingowym...
W sytuacji gdy od kursanta czuć woń alkoholu, wątpliwości raczej nie ma, ale po jednym piwie, można się nie zorientować – zwłaszcza latem, przy otwartych oknach. Pytanie pozostaje, dlaczego młodzi (jeszcze nawet nie kierowcy) decydują się na jazdę pod wpływem alkoholu? Może wydaje się im, że skoro w prowadzeniu auta „pomaga im” instruktor to wszystko jest w porządku? Tymczasem za takie zachowanie kursantowi grozi sądowy zakaz prowadzenia pojazdów, co jest tożsame z przerwaniem kursu na określony w wyroku czas, a co za tym idzie znacznie późniejsze zdobycie uprawnień do kierowania pojazdami. Niestety znacznie poważniejsze konsekwencje grożą za to instruktorowi włącznie z odebraniem prawa jazdy, czyli prawa do wykonywania zawodu. Wszystko to jest zgodne artykułem 96 kodeksu wykroczeń. O wymiarze kary orzeka sąd i to od niego zależy, w jaki sposób zostanie ukarany instruktor. Jeżeli kursant będzie jedynie delikatnie „wczorajszy”, to kara może się okazać niezbyt wysoka, jeżeli zaś kursant będzie po prostu pijany lub przewinienie instruktora będzie którymś z kolei, wtedy raczej nie można liczyć na pobłażliwość sądu. Kara wydaje się być dość dotkliwa w sytuacji, gdy instruktor nie ma prawa wymagać od kursanta poddania się badaniu. Na szczęście takie „przypadki” nie zdarzają się zbyt często. Kursanci częściej sami rezygnują z jazd, niż wsiadają pijani do elki. Co wcale nie znaczy, że jest to zjawisko marginalne. O tym że tak nie jest przekonują dwa przypadki z ostatnich dni.
W Biskupcu 18 letnia dziewczyna, będąca kursantką nauki jazdy pod wpływem alkoholu zabrała samochód swojego byłego chłopaka, po czym uderzyła w krawężnik, a ten uszkodził i zatrzymał pojazd. Pech chciał, że akurat w tym momencie na miejscu byli policjanci...
Inny przypadek dotyczy 34 letniego mężczyzny z Cerkwicy, który po kilku głębszych ćwiczył jazdę przed egzaminem na prawo jazdy. Podejrzanie jadącego kierowcę zatrzymali żnińscy policjanci, którzy akurat wtedy patrolowali okoliczne wsie. Nieroztropny kandydat na kierowcę będzie musiał raczej dołożyć w czasie przygotowania do egzaminu.
We wspomnianych przypadkach instruktor (na szczęście) nie towarzyszył tym osobom w aucie, co nie zmienia faktu, że te osoby nie mają żadnego poszanowania do prawa, z którym dopiero co się zaznajomili. Wniosek z tego jest taki, że prawdopodobnie po zdaniu egzaminu w WORD, ich strunek do przepisów ruchu drogowego będzie nadal lekceważący.
Skąd się to bierze?
Policja wlepia mandaty, zabiera prawo jazdy, apeluje, ściga, ale w zasadzie niewiele się zmienia. Kursantom zły przykład często dają rodzice, znajomi, rodzeństwo itd. Problem w tym, że w naszym kraju panuje tzw. społeczne przyzwolenie na jazdę po alkoholu. W praktyce oznacza to tyle, że raczej nikt nie reaguje, gdy pijana osoba siada za kierownicę. Brakuje także wyobraźni kierowcom, którzy wsiadają za kółko po jednym piwie. Dla niektórych to może niewiele, ale jedno piwko znacząco obniża czas reakcji, a przede wszystkim daje policji podstawy do tego, by prawo jazdy zabrać. Szkoda tylko, że instruktorzy odpowiadają za coś, czego nie mają prawa sprawdzić. Pozostaje nic innego jak wąchać każdego kursanta, jakkolwiek nie wydawałoby się to być dziwne.
Przemysław Pogorzelski







Magazyn Motoryzacyjny dla Ośrodków Szkoleniowych. Merytoryczne wsparcie dla jednostki szkoleniowej, omówienie najważniejszych zmian legislacyjnych w branży.


Komentarze
Brak komentarzy